Filmoteka AUTOmaniaka - My name is Bond, James Bond …

Przyznacie, że nie ma chyba na świecie częściej powtarzanej i bardziej modyfikowanej sentymy. Każdy może przecież wcielić się choć na chwilę w postać superagenta i być na przykład Kowalskim, Janem Kowalskim …
Jest rok 1964. Na ekrany kin wchodzi trzeci z serii film o agencie Jej Królewskiej Mości -Goldfinger. Oczekiwania widzów są o wiele większe niż dotychczas. Przy dwóch poprzednich częściach Bond miał w prawdzie dość ubogie, porównując z dzisiejszymi gadżety, ale jak mawiają „apetyt rośnie w miarę jedzenia”.
Jednak bez wątpienia część ta jest wyjątkowa. Nie tylko dlatego, że w rolę tytułowego agenta do zadań specjalnych wcielił się ponownie Sean Connery. Przede wszystkim dlatego, że od tej pory u boku 007 będziemy widzieli po pierwsze coraz to piękniejsze kobiety, po drugie i najważniejsze Bond będzie mógł liczyć na wsparcie swoich mechanicznych partnerów – superszybkich i niewiarygodnie nowoczesnych aut. Nie lada gratka dla automaniaków!
Nie zapominajmy, że jak zawsze nasz bohater ma do spełnienia tajną misję. Tym razem musi pokrzyżować
plany szalonego multimilionera o ksywie Goldfinger. Zadaniem Bonda jest niedopuszczenie do realizacji jego nikczemnego planu skoku na amerykański skarbiec Fort Knox. Czy mu się uda i jakie niespodzianki czekają agenta 007 podczas misji dowiecie się sami. Możemy tylko zapewnić, że jak na prawdziwego mężczyznę przystało zachowuje zimną krew w najbardziej ekstremalnych i niebezpiecznych sytuacjach. Cynicznie rozprawia się z każdym przeciwnikiem. Okazuje się, że jego główny rywal też charakteryzuje się ironicznym usposobieniem i szuka okazji by zadrwić sobie z Bonda. Dochodzi wreszcie do bezpośredniej konfrontacji tych dwóch gentelmanów. Jednak tym razem w opresji znajduje się sam 007.
- Goodbye Mr Bond –
-Do You Expect Me To Talk? – pyta Bond,
-Nooo! I expect You To Die! – z uśmiechem na ustach i znamiennym dla siebie entuzjazmem odpowiada Goldfinger
Jak dalej potoczą się losy agenta Jej Królewskiej Mości? Czy uda mu się uniknąć śmierci? Sprawdźcie! Można tylko polecić, zachęcić do śledzenia dalszych przygód Jamesa Bonda i przestrzec – nie próbujcie tego w domu!!
Jak obiecaliśmy na początku oprócz piekielnie pięknych partnerek od teraz Bond będzie nas raczył przede wszystkim wyposażeniem swoich czterokołowych pomocników.
My name is Martin, Aston Martin …
Rok przed premierą Goldfingera z fabryki Astona Martina wyjechał nowy, lśniący, sportowy model DB5, a w rok po tym wydarzeniu na dobre zapadł w pamięci fanów przygód agenta 007. Nie da się ukryć, że jego imponujący wygląd stopiłby serce nawet największemu laikowi motoryzacyjnemu. Charakterystyczne i wyczekiwane w kolejnych wersjach stały się jednak gadżety, których niezliczoną ilość można było znaleźć w samochodzie Bonda. Scena z filmu, w którym James poznaje możliwości swojego wozu przyprawia o ból głowy. Bo kto nie chciałby mieć w swoim samochodzie rozpylacza oleju, kuloodpornych szyb, karabinków maszynowych i wreszcie katapultującego fotela pasażera, który u samego 007 wzbudził wielkie zaskoczenie.
Aston czy Ferrari o to jest pytanie!
Wydaje się, że James Bond wprost stworzony jest do Astona Martina i tak „przyrósł” do tej marki, że ciężko wyobrazić go sobie w innym samochodzie. Ale niewiele brakowało a śledzilibyśmy losy 007 w samochodzie z logo czarnego rumaka na żółtym tle. Poszło jak zwykle o pieniądze. Widać jednak udało się dojść zwaśnionym stronom do porozumienia i dzięki temu możemy cieszyć nasze oczy autem, które odzwierciedla trochę angielski styl poprzez swoje dostojne kształty.
BMT 216A
Wśród gadżetów Bonda znalazły się również kultowe obrotowe tablice rejestracyjne. Wystarczyło naciśnięcie guzika by Bond stawał się obywatelem Anglii, Francji a może Szwajcarii? Tak na marginesie, nie straszne mu fotoradary!
Trzeba przyznać, że twórcy przygód Jamesa Bonda stanęli na wysokości zadania. Stworzyli bohatera na miarę czasów - niegasnącą legendę światowego kina. I chodzi tu nie tylko o legendę samego agenta angielskiego wywia
du, ale przede wszystkim, ku uciesze amatorów 4 kółek, w każdym kolejnym filmie auta podniesione zostały do rangi gwiazd.
Na szczęście pomysłów na dalsze losy 007 nie zabrakło. Kolejne coraz to nowsze i co ciężko sobie wyobrazić, coraz bardziej nowoczesne auta pojawiały się na ekranie kin towarzysząc Bondowi. Im a także innym godnym uwagi maszynom w dziejach światowego kina poświęcimy naszą uwagę. Obiecujemy, że nie zabraknie największych, najgłośniejszych i najbardziej krwiożerczych maszyn!
Marta Lica
Foto: movie posters/007 magazin













