Kolumbia – zamknięcie pętli

Od północy do Cartageny.
Choć ostatnie kilometry przedgraniczne w Wenezueli dały się we znaki, to postój podczas odprawy celnej w Kolumbii był odprężeniem. Policjant pilnujący porządku naprowadził mnie do znajomego sprzedawcy
wymieniającego walutę po lepszym kursie od granicznych cinkciarzy. Miał na oku „Zabawkę” gdy poszedłem na obiad z pewnym Hiszpanem przekraczającym granicę w przeciwnym kierunku. Nie interesowało go jak przed oczami policjanta handluje się benzyną bez pozwolennia. Wagabunda Hiszpan od roku był na trasie dookoła świata motocyklem „Kawasaki-650” i chciał się dowiedzieć o warunkach w Wenezuelii, o których wiele słyszał.
...Został ostatni odcinek do zakończenia podróży, który był zaledwie jednym procentem całej jazdy „Zabawką” w eskapadzie 2011 roku. ...Przez około 300 km podziwiałem kraj jadąc dobrymi szosami blisko Morza Karaibskiego. Dobrymi lecz bardzo drogimi. Jazda z Barranquilly była droższa na tym odcinku. Płatne bramki ustawione co kikadziesiąt km na szosie, nieco szerszej od ulicy z dwukierunkowym ruchem, płoszą zmotoryzowanych turystów i właścicieli pojazdów.
Tym razem nie spieszyło mi się, po wtóre zużyte opony, hamulce i przeguby przemawiały za rozsądną jazdą. Zakończenie pętli miałem w zasięgu ręki. Czułem już zadowolenie, że podołałem temu trudnemu wyzwaniu jak zwykle, ...w pojedynkę !
Gdy wjechałem w głąb Kolumbii ogarnęło mnie ogólne przemęczenie. ...Wyszukałem spokojne miejsce w wiosce przy plaży i zatrzymałem się by odpocząć. Za namową właściciela zagrody Alfreda, udałem się do szpitala na przebadanie. ...Ciśnienie okazało się mniejsze niż zwykle, cukier wysoki. Po wynikach doszedłem do wniosku, że przyczyną złego samopoczucia był stres jak i niewłaściwe lekartswa oraz nieodpowiednia dieta. No cóż, mogło być gorzej. ...Nie wypuszczono mnie ze szpitala, musiałem zaliczyć dwie kroplówki na wzmocnienie organizmu. ...Ciśnienie wróciło do stanu przedwyprawowego, pokazały się kolorki na policzkach.
...Kilkudniowy pobyt w ciszy, nad wodą pomiędzy osadami rybackimi, doprowadził mnie do normy.
W niedzielę udałem się w towarzystwie Alfreda do Katedry w Cienaga by podziękować Bogu za szczęśliwie
kończącą się podróż jadąc mimo zamieszek wewnątrz krajowych, jak i panującego bezprawia w wielu miejscach na trasie. Przy okazji podarowałem kopię zdjęcia papieża Jana Pawła II, którą wiozłem z Kurytyby przez tysiące kilometrów. Proboszcz Parafii Matki Boskiej w diecezji Santa Marta nie tylko przyjął ze wzruszeniem prezent ale pochwalił się o tym parafianom z ambony podczas mszy świętej, po której zaprosił nas na obiad.
Poniedziałek, 5 września 2011. Po zostawieniu Alfredowi części ekwipunku znów znalazłem się w drodze. ...Wstąpiłem do portowego miasta – Barranquilly, by zorientować się w transporcie „Zabawki”. Następnym miejscem była Cartagena, z której wyruszyłem 6 kwietnia na podbój Południowej Ameryki po jej obrzeżach dookoła.
...Marzeniem moim było sprezentować „Zabawkę” reklamodawcy GPSu – znanej firmie AutoGuard, żeby była jej żywą reklamą na co dzień w kraju, jak i w Europie. W ten sposób odwdzięczyłbym się po części za symboliczne sponsorowanie. ...Wbrew moim odczuciom, odmówili przyjęcia, podobno z powodu braku możliwości wydatkowania pieniędzy na ściągnięcie wartościowego – przede wszystkim reklamowo - prezentu.
...Mój stary przyjaciel i czynny dziennikarz w Polsce - Wiesław Mrówczyński, znający się na rzeczy
(podróżował po całym świecie), relacjonujący moje wyprawy od początku, próbował nawiązać kontakt z Muzeum Motoryzacji w Otrębusach pod Warszawą, jak i w kilku innych miejscach. ...Wszystkie starania spęzły na niczym. Napisał mi o tym ze smutkiem w korespondencji elektronicznej. Nie mógł tego zrozumieć. Wyglądało to jak by ludziom były obojętne osiągnięcia rodaka, który ma się czym poszczycić. Samotnie podróżującego za rentę przez świat. Może nie zrozumieli wyczynu, jadącego samotnie przez świat bez żadnej pomocy. Takim sukcesem żaden samochód (przynajmniej w Polsce) nie może się poszczycić a szkoda. Byłaby to wspaniała rzecz dla zapalonych polskich młodych podróżników, którzy mogliby zobaczyć ten samochód jako eksponat.
...Podobnie, jak przed kilkudziesięciu laty, po zrealizowaniu podróży dookoła świata „Pryszczem” przez 35 krajów w ciągu dwóch lat (1977-79), nikt się nim nie zainteresował w Polsce. ...Ostatecznie z goryczą wyjechałem z kraju i zaproponowałem wystawienie „Pryszcza” w Auto Muzeum w Wolfsburgu. Dyrektor dr. Wierch przyjął eksponat z otwartymi rękami. ...I tak przez 18 lat „Pryszcz” ozdabiał niemieckie muzeum i był eksponatem w różnych, nie tylko niemieckich miastach, do czasu, gdy uległem namowie redaktora Wiesława Mrówczyńskiego i ściągnąłem auto do kraju, by był przez kilka lat ozdobą salonu VW Sobiesława Zasady w Warszawie. ...Obecnie spotkać można popularnego i wysłużonego „Pryszcza” ozdabiającego zjazdy „Garbusiarzy” w całej Polsce, bo tu jest jego miejsce a nie zagranicą!
Barranquilla, wielkie miasto, czwarte co do wielkości w Kolumbii
Żeby nie tracić czasu, pojechałem do portowej strefy „Franco” eksportu i importu. Tam dowiedziałem się o
cenie przesyłek do Europy i USA. ...Nie podołałem wydatkować z oszczędności swojej skromnej renty. ...Transport w kontenerze do Europy kosztuje około 3000 USD a do USA (dowolnego portu) ponad 1800 USD. Do tego dochodzi opłata za mój przelot.To zdecydowało co powinienem zrobić godnego dla mojego stalowego przyjaciela, z którym miałem za sobą dobre i złe chwile. Sprzedaż nie wchodziła w rachubę, dawno bym to mógł zrobić bez problemu. Ceny transportu na świecie podskoczyły w ostatnich latach kilkakrotnie a więc? Nie mogłem dłużej czekać, kieszeń pustoszała szybko, musiałem zadecydować.
Wyruszyłem więc do Cartageny zamknąć praktycznie pętlę wokół całego kontynentu amerykańskiego. Tym razem przyjechałem do Cartageny brzegiem Morza Karaibskiego, podziwiając piękne plaże i nowoczesne hotele. ...Gdzieś w centrum miasta przeciąłem pętlę, którą zacząłem tworzyć przez pięć miesięcy jadąc po obrzeżach kontynentu. Pętlę rozpocząłem jazdą na południe w stronę Ekwadoru a dobiłem do Cartageny z północy od Wenezueli.
Co z „Zabawką” ...
...Po odwiedzeniu hostelu w kolonialnej i antycznej części Cartageny, niedaleko znanej
wszystkim fortfykacji „San Felipe”, w którym poprzednio nocowałem, wstąpiłem do redakcji największego dziennika „El Universal” by podzielić się z czytelnikami sukcesem moim i „Zabawki”, jak i kłopotami z wysyłką na inny kontynent. Spróbowałem przemycić słowo – „dotacja”, nie prezent, który chciałem zrobić w Polsce. ...Młody redaktor Samuel po kilku zdaniach, przy małej czarnej, był zaskoczony wyczynem w pojedynkę. ...Oczy zaczęły mu się otwierać szerzej i szerzej słysząc o podróżach „Zabawką”. Sam jest sympatykiem klubu motorowego w Cartagenie. Powiedział, że nie pozwoli by taki samochód trafił w niegodne ręce jakiegoś dealera, który oprócz obrotu pieniędzmi nie ma pojęcia o innych sprawach. Z zasady są to ludzie z żyłką handlową, wykorzystujący często naiwność zarówno kupujących, jak i sprzedających.
Zadzwoninł pospiesznie do .prezesa automobilowego klubu, ...opowiedział mu historię. Umówiliśmy się jeszcze tego dnia na spotkanie. W między czasie, Samuel zabrał fotografa i wyszliśmy z redakcji zrobić kilka zdjęć do reportażu. ...Zasugerował mi hotel z parkingiem i polecił swoją znajomą z „Oficina de Viaje” w znalezieniu ekonomicznego połączenia lotniczego ze Stanami, gdzie czeka na mnie moja rodzina.
Godzina 18:00. Wiadomość z recepcji „Hotelu Familiare”, że jest redaktor gazety „EL Universal”.
...Zszedłem na dół. ...Dwóch mężczyzn czekało, Samuel i Eduardo. ...Poszliśmy na hotelowy parking. ...Podchodząc powoli do „Zabawki”, Eduardo zatrzymał się na moment, nie obszedł jej jeszcze dookoła, ...i powiedział: „o nie, nie, on jest tak ładny, że będzie ozdobą naszej witryny klubowej dla odwiedzających, bez jeżdżenia po ulicach, bo jest wspaniałym eksponatem wystawowym. Ja się tym zajmę, umyję go i wyczyszczę osobiście”.
...Szkoda, bo „Zabawka” powinna być gdzieś w Polsce a nie w świecie..., ta myśl nie dawała i nie daje mi spokoju. Następnego dnia, podczas wspólnego obiadu, ustaliłem z prezesem klubu kilka punktów. ...W zamian za prezent, klub opłacił mi hotel z wyżywieniem do dnia wyjazdu. Wyszukał połączenie, opłacił przelot do domu, jak i wysyłkę pozostałego ekwipunku. ...Będę mógł zawsze nim jeździć kiedy tylko odwiedzę Kolumbię. Samochód będzie sprawdzony w warsztacie i stał do mojej dyspozycji.
...Tego się nie spodziewałem od Kolumbijczyków, którzy okazali się dżentelmenami. Wartość wdzięczności kosztowała dużo więcej niż wartość samochodu. Oni, będąc aktywnymi zawodnikami w jazdach przez nieznane tereny, rozumieli czym jest podróżowanie w pojedynkę. ...Poznali się na moim wyczynie, jak i „Zabawki” mającej, nota bene, na koncie objechanie Północnej Ameryki i odbycie w tym
rajdu jesienno-zimowego z Alaski do Nowej Szkocji (2009), pętlę od Pacyfiku do Atlantyku (2010) i rajd dookoła Południowej Ameryki (2011), będącego częścią wyprawy wokół całego kontynentu amerykańskiego. Doszli razem do wniosku, że takim wyczynem nie może pochwalić się żaden samochód na świecie.
...Okazało się, że Eduardo jast nie tylko prezesem klubu, rajdowcem ale i toreadorem z wieloletnim doświadczeniem (30 lat). Ma posiadłość za miastem (200-hektarowe campo) i chętnie by mnie zabrał w gościnę na kilka weekendowych dni, jako wdzięczność za prezent. ...Zgodziłem się, zostało do opuszczenia Kolumbii kilka dni.
...Czwartek był dniem ulewnym, w piątek z rana też lało też. W porze obiadowej Eduardo podjechał Jeepem pod hotel i zjedliśmy wspólnie obiad. Powiedział, że z wycieczki na campo nici, gdyż tam leje i leje od kilku dni. Tak myślałem, że nie było sensu spędzać czasu w deszczowy weekend na wsi. Życie wiejskie ma urok w piękną pogodę.
...Sobota - na plaży „ładuję baterie słoneczne” a na niedzielę Eduardo zaproponował wycieczkę na obiad do rybnej jadłodajni w Paso Cabayos nad wodą o zielonkawym kolorze.
...W Kolumbii jest zwyczaj spędzania weekendów w gronie rodzinnym i z przyjaciółmi. Tak, że spotkaliśmy się wszyscy razem w przyplażowej restauracji, zajmując trzy stoły. Wyglądało to jak specjalne przyjęcie. A to po prostu zwykły obiad w rozszerzonym gronie o kilku członków klubu. ...Po kilkunastocentymetrowych krewetkach i smacznej barakudzie, z naładowanym żołądkiem Eduardo zaprosił mnie do swojej rezydencji w Cartagenie.
Tam przeleciał czas jak błyskawica. Nie było odpoczynku. ...Znów pytania: czego bym się napił, co zjadł, co do kawy..., jakiej muzyki chcę posłuchać itp. ...W między czasie wyciągnęliśmy ze szklanej gabloty inkrustowany złotymi nićmi i kolorowymi kamieniami ubiór „matadora walki z bykami”. Wyszliśmy na zewnątrz i żona matadora a zarazem pani domu zorganizowała sesję zdjęciową przy „Zabawce”, która czekała do przyszłego tygodnia na zadomowienie się w klubowym pomieszczeniu. Każdy robił zdjęcia z samochodem jakby on był z innego świata. ...Ja zrobiłem sobie zdjęcie w ubiorze matadora, choć nie podzielam tego sportu. Ciężka kurtka, płachta na byka i zasłona ramienna ważyło ze dwadzieścia kilogramów. I to wszystko trzeba było mieć na sobie i wywijać „lekko” szpadą podczas koridy. ...Nie dla mnie taki sport.
Czas opuszczenia Kolumbii
Zadowolony z kilkudniowego pobytu w innym świecie wśród obcej kultury i obyczajów, wróciłem zmęczony do hotelu by nazajutrz znaleźć się w odpowiednim czasie z rana na lotnisku. ...Bagaże czekały na spakowanie.
Poniedziałek, 12 września. Eduardo podjechał pod hotel i pojechaliśmy na śniadanie. Czas pospieszył nas do stawienia się na lotnisku. Kończąc odprawę celno - paszportową, nie dotarł do mnie jeszcze fakt rozstania się z moim stalowym przyjacielem. ...A jednak, ...stało się. ...Myślę, że w odpowiednim miejscu będzie ozdobą przez długie lata podobnie jak było z „Pryszczem”.
Pozdrawiam z pasu startowego w Cartagenie!
- Jędrek
Podsumowanie:
Podróż wykonanw i udana, choć nie zawsze sprzyjał wiatr, czasami powiał piasek w oczy. Były momenty
grozy i strachu. ...Jak zwykle, trzeba było działać w pojedynkę i być optymistą by osiągnąć cel....Pewnie się czułem po drodze otrzymując regularnie co miesiąc rentę inwalidzką. Tego uczucia nie znałem w podróżowaniu do tej pory, zawsze trzymałem ołówek i notes pod ręką do pilnowania wydatków i kurczącego się z dnia na dzień bilansu.
...Dwa razy na biegunach wyprawy „Zabawka” zdała egzamin dzielnie, jeżdżąc i ślizgając się po śniegu i lodzie na Alasce, jak i po Ushuai w Patagonii. Dzięki jeździe z GPS AutoGuard – Poland zainteresowani znali na bieżąco moją pozycję i „Zabawki” na trasie.
...Anioł Stróż miał mnie w opiece. Dzięki ci Boże!
Więcej o samotnej podróży „Zabawką” jest w internecie, reportażach na bieżąco: www.azpolonia.com pod hasłem – „Centrum Wagabundy”, jak i na portalu motoryzacyjnym www.auto-news.pl.
- Jędrek
* * *
Nieco danych:
Wykonawca – Andrzej „Jędrek” Sochacki
Miejsce urodzenia – Targówek warszawski, wiek około 60 lat, wzrost 179 cm, waga około 95 kg, łysy, po
żółtaczce, zawale serca, chorobie nerek, problemach z krzyżem, kilku złamaniach kończyn, cukrzyk, mieszkający z dwojgiem dzieci – Asią (18 i Czarkiem (14), piękną i dobrą żoną Ewą, urodzony optymista.
Pojazd:samochód osobowy Oldsmobile – Cutlass Supreme S, 12-letni, 6 cylindrów, silnik 3.1
l, 5- osobowy, automatic, stan licznika – 227,655 mil (około 362,760 km)
Przejechanych od bazy w Phoenix, Arizona – 23,245 mil (około 38,375 km(, w tym dystans po obrzeżach Ameryki Południowej – 18 386 mil (około 30 050 km).
Wodny transport – Morze Karaibskie – 400 km, Peru (Amazonką) – 1200 km, Chile (Fiordami Pacyfiku) –
1000 km , Brazylia (Amazonką) - , Wenezuela (Orinoco) – 1 km
Inny transport: a) autobusem Kolumbia – 400 km, Peru – 1000 km
b) samolotem, powrót – 2000 km
Ogólny czas wyprawy – 192 dni (pół roku, 1 tydzień i 5 dni)
Dni w krajach: Kraje Centralnej Ameryki – 29, Kolumbia -25 (13+ 12), Ekwador -3, Peru -37, Chile -24, Argentyna -17, Urugwaj -4, Brazylia -42, Wenezuela -11.
Wydanych $ na benzynę – około 54,000.- USD
Noclegi, parkingi, transport dodatkowy, zwiedzanie itp
Naprawy: chłodnica, uszczelka głowicy silnika, hamulce
Ilość kapci – 6
Szybkość podróżna – 110 – 130 km/h
Wypadków – 0, kolizji – 0, chorób – 0 ?
Wydanych oółem w podróży dookoła Am. Płd. – około 15 tys USD
Dystans objechania całego kontynentu amerykańskiego po obrzeżach – 49 719 mil (około 82 865 km), nie licząc objazdów – 8 535 mil (około 14 225 km)
Sugestia dla początkujących podróżników:
Chcąc się jako tako czuć „komfortowo” ekonomicznie w dzisiejszym międzykontynentalnym podróżowaniu na poziomie turysty z plecakiem, nie wliczając dodatkowych przykrych niespodzianek, trzeba na jeden dzień/osobę przeznaczyć około 50.- USD (nocleg, pożywienie, zwiedzanie, opłaty transportowe). Np.: 180 dni x 50.- USD = 9,000.- USD.
Dobrym nawykiem jest zabezpieczenie się po zachodzie słońca jakimś lekkim okryciem przed insektami. Miałem nieszczeście zetknąć się gdzieś po drodze w rejonie Amazonii z jakąś bakterią, która dała znać o swoim istnieniu w powrotnej drodze, już po opuszczeniu Kolumbii. Wynikiem tego zetknięcia było trafienie do szpitala w USA, w którym zastosowano leczenie infekcji bez zidentyfikowania jej rodzaju. Kosztowało mnie to 10 dni niepotrzebnego eksperymentowania na mojej osobie. A więc... Nie bagatelizować najmnieszjych ukąszeń, udać się do lekarza. Choroby równikowe rozwijają się w kosmicznym tempie – z minuty na minutę – żeby nie było za późno. Jak jedzenie wydaje ci się nie pewne, odmów sobie poczęstunku. Zupy – najniebezpieczniejszym pożywieniem w nieznanym świecie.
Od redakcji: To już trzecia pętla ogromnego przedsięwzięcia jakim jest okrążenie wszystkich kontynentów świata wokół ich morskich granic. Wprost niewiarygodne wyzwanie a zarazem postanowienie, którego nikt dotąd nie powziął tj. samotnej podróży samochodem często po rozległych wertepach naszego globu, odmiennych strefach klimatycznych i atmosferycznych, różnych warunkach politycznych, narażony na niepokoje w niektórych państwach. Wydaje się to niemożliwością a jednak już trzeci kontynent został ukończony a nasz bohater po rozlicznych przygodach, trudnościach, często brakiem pomocy ze strony tych, na których powinno się liczyć, oczekiwaniom na przelew skromnej renty, która jako jedyna umożliwiała mu niejednokrotnie kontynuację tego szalonego postawionego sobie zadania.
Andrzej Sochacki nasz globtroter, dziecko stołecznego Targówka, autor ostatniego w tym cyklu opisu przecięcia pętli wokół Ameryki Południowej, po wielkich przygodach jest już cały w swoim domu z rodziną w Arizonie „lecząc rany” i wypoczywając po trudach tej niezwykłej włóczęgi. Wkrótce bo już w listopadzie przyleci do rodzinnej Warszawy by podzielić się szczegółami, równocześnie planując „okrążanie” pozostałych ……. Afryki, Australii i Europy…. Ale o szczegółach oraz raportu z ostatniej eskapady wkrótce./WMr./













