RMC

RMC
Kto dziś wie co znaczą te trzy litery? Może nieliczni ze starszego pokolenia. Młodszym zapewne nie mówią nic, z niczym się nie kojarzą. A przed lat wzbudzały ogólnokrajowe emocje. To był temat dnia we wszystkich mass mediach w drugiej połowie stycznia.
To Rajd Monte Carlo. Udział w nim brali i biorą najlepsi kierowcy świata. W tym roku to pierwsza runda mistrzostw świata. Najstarszy rajd rozgrywany z przerwami wojennymi od 1911 r.
Właśnie się zakończył. W Polsce niemal niezauważony (w sobotę 25 stycznia br. nawet w „Przeglądzie Sportowym” nie znalazłem wyników pierwszego etapu). I tak jest od prawie trzech dekad, odkąd zabrakło polskich załóg. Ostatnią w 1997 r. byli Mariusz Ficoń i Jacek Ściciński na Cinquecento Sporting. Wprawdzie nasi ostatnio uczestniczą w RMC pojazdów historycznych, m.in. nawet na...”Syrenach”, ale to impreza z „prawdziwym” rajdem nieporównywalna i prawie nikogo nie interesuje.
Pozostają wspomnienia
Przypomnijmy, choćby w skrócie udział Polaków tym prestiżowym rajdzie. O jego znaczeniu w świecie kierowców niech świadczy fakt, że Sobiesław Zasada w latach swoich największych triumfów powiedział: „ – Zrezygnuję z udziału w każdym rajdzie za cenę uczestnictwa w RMC, a za zwycięstwo w nim oddałbym tytuł mistrza Europy”.
Pierwszymi Polakami, którzy zdecydowali się na udział w RMC, to Jan Ripper i hrabia Piotr Rostworowski w 1929 r. Nie dojechali nawet na start! Zresztą nie tylko oni. Ogromne zaspy śnieżne unieruchomiły wiele aut. Dopiero dwa lata później start został uwieńczony powodzeniem. Hrabia Adam Potocki na samochodzie Praga Oświęcim nie tylko dojechał lecz zajął 15 miejsce! W 1935 r. Jerzy Nowak z Piotrem Lubińskim na Fordzie V8 zajęli 11 miejsce. I jest to najlepszy wynik Polaków w historii startów w RMC.
Nigdy wcześniej, nigdy później
Przed wojną z Warszawy, jako jednego z miejsc startowych w Europie , ruszały załogi do RMC. Po wojnie
dopiero w 1959 r. dzięki staraniom ówczesnego prezesa PZMot. Romana Pijanowskiego przyznano Polsce organizację jednego z punktów startowych. W tej sytuacji nie wypadało nie brać udziału. Z Warszawy wyruszyły 22 załogi ( w rajdzie 322!), w tym sześć polskich na zakupionych przez związek Simcach Aronde.
Żadna sportowa impreza ani wcześniej ani później nie zgromadziła w kraju tylu widzów. Na całej trasie załogi jechały w tłumie. Kierowcy zagraniczni nie mogli się nadziwić takiemu zainteresowaniu, z podobnym nie spotkali się nigdy wcześniej. I tak było w latach następnych. Obejrzenie zachodnich samochodów, najprzedniejszych marek świata w kraju, w którym cztery kółka były wprost niedoścignionym marzeniem, a przy tym udział polskich załóg, stawało się nie lada atrakcją.
Do Monte Carlo w 1959 r.dotarło 220 załóg, a z Polaków tylko hrabia Aleksander Sobański – Mieczysław Sochacki (166) oraz Antoni Weiner – Stanisław Jabłoński (169).
Nawet Sobiesław Zasada nie poprawił wyniku Nowaka. Był blisko. W 1968 r. jadąc z Jerzym Dobrzańskim na Porsche 911 przed ostatnim, nocnym etapem zajmował 8 miejsce, ale się wycofał po otrzymaniu wiadomości o śmierci ojca. O jedno „oczko” niżej od Nowaka uplasowali się w 1975 r. Maciej Stawowiak – Jan Czyżyk na Polskim Fiacie 1600. Świetnie spisali się w 1971 r. Robert Mucha i Lech Jaworowicz zajmując na Polskim Fiacie 24 miejsce w generalce i pierwsze w klasie!
Bohatersko w latach walczyły załogi FSO na ... Syrenach. Sukcesem był sam dojazd. Psuły się wielokrotnie. Marek Varisella dokonał „cudu”. Na szosie przy kilkunastu stopniach mrozu w 40 minut wymienił ... tłoki. W Monte Carlo Syreny wzbudzały wielkie zainteresowanie konkurentów, chwalono Polaków za bardzo ...udaną konstrukcję. Sądzono, że jest to wyrób własny, a nie fabryczny. Wyniki pomińmy milczeniem.
„Białe piekło”
W 1965 r. wszyscy trzymaliśmy kciuki za Sobiesława Zasadę i Kazimierza Osińskiego. W Chambery po
zjeździe gwiaździstym znaleźli się wśród 205 załóg ruszających na alpejskie trasy. Jechali maleńkim Steyr Puchem (650 cm3, 45 KM) a sprawili nie lada sensację. W śnieżycy i porywistym wietrze tworzącym zaspy wykruszali się rywale a oni dojechali na metę wśród 39 aut, które ukończyły etap (34 w regulaminowym czasie) na znakomitym 24 miejscu. Po ostatnim, nocnym etapie rozgrywanym w podobnych, bardzo trudnych warunkach, Osiński kilka razy wysiadał i stawał na tylnym błotniku, aby buksujące w śniegu koła napędowe złapały przyczepność. Ku zdumieniu organizatorów, uczestników i kibiców przesunęli się na 17 miejsce w generalce i wygrali klasę! Prasa nazwała warunki w jakich rozgrywano ostatnie dwa etapy „Białym piekłem”.
Nie ma porównania ...
... między autami przedwojennymi a współczesnymi. Inna epoka technologiczna i techniczna. Na pewno jednak dawniej pokonanie liczącej nieraz ponad 4000 km trasy w regulaminowym czasie przy ówczesnym
stanie dróg autkami o niewielkiej mocy, stanowiło ogromny wysiłek. Powojenny RMC nie miał i nie ma odpowiednika. Udział najlepszych kierowców i amatorów, frekwencja dochodząca do ponad 400 uczestników (rekord w 1953 r. 440 załóg!), to się już nigdy nie powtórzy. Im lepsze okazywały się samochody, tym większy koszt ich zakupu i przygotowania do rajdu. Tego prywatna kieszeń nie wytrzymywała, nawet bogatych. Jako sponsorzy pozostały fabryki i firmy. A kiedy RMC stał się jedną z rund mistrzostw świata, rywalizacja ograniczyła się do kilkudziesięciu załóg.
Sponsoring w rajdach nie jest współczesnym wynalazkiem. Przed wojną „dobrze urodzeni” kupowali auta wynajmowali kierowców i wraz z nimi dla prestiżu nazwiska jechali jako „kierowcy” do Monte Carlo. Jeden z takich wyjazdów w 1935 r. sfinansował Jerzy hrabia Łubieński. Jeden z najlepszych przed wojną kierowców rajdowych, Witold Rychter w książce ”Moje dwa i cztery kółka” tak wspomina jedno z wydarzeń na trasie:
„Po groźnej sytuacji drogowej hrabia zaczął histerycznie krzyczeć. Stać, stać! Ja wysiadam. Mam tego wszystkiego dość.” Mówię więc do Aleksandra (Mazurka, członka załogi) daj w zęby panu hrabiemu. Słyszę dwa klapnięcia i okrzyk bólu. Po chwili hrabia pokornym głosem przeprasza, że już nie będzie się tak zachowywać”. I rzeczywiście.
Tegoroczny 76 RMC wygrał Francuz Sebastien Loeb na Citroenie C4 WRC.
Andrzej Martynkin
Foto: z archiwum Sobiesława Zasady / Citroen
30.01.2008
Od redakcji: Właśnie zakończył się najbardziej wypromowany, najstarszy, owiany sławą i legendą Rajd Monte Carlo i na próżno poszukiwać choćby skromnej relacji z tej imprezy mimo, że zapoczątkowała ona tegoroczne rajdowe mistrzostwa świata i to w kraju, który produkuje samochody kilku marek, w którym 10 milionów pojazdów codziennie wyjeżdża na polskie ulice i drogi, gdzie przed laty to wydarzenie sportowe budziło powszechne emocje. /wmr/














